zagranica

Niespodzianki na emigracji i zagrożenia w życiu magazyniera

forklift-1791103_640

Hej!

(Wpis potraktować proszę z przymrużeniem oka albo obu!)

Decydując się na przyjazd tutaj brałam pod uwagę wiele rzeczy. Obecny tryb życia jest całkowicie inny od wszystkiego, co przeżyłam do tej pory. Zagramanica. Obce języki (angielski, lokalne warianty angielskiego, warianty wszelkich występujących mniejszości, a czasem zastanawiam się, czy nie większości etnicznych). Nowe pyłki. Klimat morski. Praca fizyczna. Nowe okolice. Wszystko.

Największe niespodzianki w codziennym życiu:

  • w sklepach nie ma wyboru – czy chodzi o krem do twarzy, papier toaletowy czy jedzenie – wydaje się, że istnieją trzy marki i występują one w każdym sklepie
  • przy sklepach będąc – rozmieszczenie artykułów nadal stanowi dla mnie zagadkę. Czasem podział jest tematyczny, czasem geograficzny, czasem nie mam pojęcia. Po bezowocnych poszukiwaniach wkładki do butów przypadkiem odkryłam na dziale „leki i suplementy”, ryż raz znajduje się w alejce „Azja”, raz na „podstawowych”, szczoteczka do paznokci wcale nie leży blisko pumeksu i nadal szukam ładowarki do telefonu, rękawicy kuchennej i depilatora*
  • autobusy – na mojej wiosce są trzy linie autobusowe, które załatwiają jednocześnie komunikację miejską i międzymiastową. Od zaplanowania podróży, zakupu odpowiedniego biletu i dotarcia do celu – wszystko jest przygodą, wszystko można pomylić i wszystko ciężko sprawdzić!
  • Bliższy i Dalszy Wschód. Biały człowiek made in Europa jest tu mniejszością
  • „mieszkanie blisko centrum” może oznaczać wszystko, np że masz do cywilizacji przynajmniej 20 minut, podstawowe i szybkie! zakupy w spożywczaku zajmują godzinę, a „dobry dojazd” to taki, kiedy do przejazdu autobusem trzeba dodać tylko 45 minut kopytkowania
  • fenomen polskich sklepów. Można w nich kupić wszystko, od piwa, przez kosmetyki, spożywkę i chemię domową po papier toaletowy włącznie. I są tacy, którzy chyba faktycznie wszystko to tam kupują! Nieznana ogranicza się do produktów, których w Angliach nie ma (śledzik i kiszone ogórki <3), a np pieczarki może kupić lokalne, połowę taniej
  • poniekąd wynika z powyższego. Składy produktów spożywczych mogą być zupełnie inne niż u nas! Jako bezglutenowiec pacze i oczom nie wierze – kraj pełnoziarnistej pszenicy i słodu jęczmiennego! Jeśli myślisz, że nie da się gdzieś wcisnąć glutenu – angielski przemysł spożywczy da radę!
  • służba zdrowia to temat rzeka, chociaż mało jeszcze widziałam i niewiele wiem. Ale już wiem, że na zasłabnięcie też można zalecić paracetamol!
  • bardzo modne są suplementy wspomagające wątrobę, np ostropest. A do tego mocno przetworzone, plastikowe jedzenie…
  • brak kontroli typu sanepid – zapewne by budować odporność obywateli?…
  • w aptece nie wolno przyznać się, że stosujesz lek niereceptowy niezgodnie z przeznaczeniem, choćby to było wapno albo rozkurczowy

*yeah! go wild babe**…

**w sumie za zimno, żeby nogi pokazywać, więc chociaż warstwa grzewcza***…?

***jako, że piękne mamy lato tej jesieni – właśnie kupiłam czapki, bawełniane i z pomponem!

 

Niespodzianki i zagrożenia w magazynach, czyli czego Nieznana się nie spodziewała:

  • nieosiągalny dla nowicjuszy target. Często po czasie okazuje się, że osiągnięcie go wymaga znajomości kilku sekretów, trików i zaklęć, których starsi koledzy pilnie strzegą
  • zasady, które powstały eony temu i w obecnym systemie nie mają sensu, lub przeciwnie – będą miały sens w okolicy przyszłej epoki lodowcowej
  • alergeny i trucizny – Nieznana jako alergik spodziewałaby się kurzu w sporych ilościach i na przykład składników spożywczych przy produkcji żywności, oparów przy malowaniu, więc zapobiegawczo nie zakreślała odpowiednich branż w kwestionariuszu. Zupełnie nie spodziewała się uczulenia na perfumy współpracowników****
  • przy taśmie można dostać nie tylko żylaków – również choroby lokomocyjnej!
  • pan Władek, ewentualnie Vladimir – jak stała kosmiczna występujący sympatyczny starszy pan, który chętnie zagada, pomoże, zna wszystkich i pachnie prawdziwym mężczyzną

****a niektórzy***** mogliby się myć zamiast zlewać tanimi pachnidłami…

*****nie dotyczy pana Władka OFC

 

Co u mnie na szybko? Mam nową pracę. Ma być na kilka tygodni i w praktyce wychodzi w kratkę, co jako kura domowego nawet mnie urządza! Przecież skarpetki same się nie wypiorą i obiad nie przypali! Przyklejam etykietki, zawijam w sreberka, pakuję do puszek. Do codziennych dreszczyków emocji (czy wypić drugą kawę?) doszło dotykanie glutenu przez folię. Od kiedy niechcący zaangażowałam przedstawiciela dużego klienta w poszukiwanie wodopoju dla pracowników (bądź inny równie poważny problem początkujących) menager jest mój, długo mnie nie zapomni!

Ściskam!

zagranica

Życie klasy robotniczej #betweenjobs

checklist-2470549_640

  • znaleźć pracę – checked!
  • zarabiać funty – checked!
  • rzucić pracę – checked!
  • poszukać następnej – in progress

Cześć Miśki!

Rzuciłam pracę i chciałam podzielić się wrażeniami. Bo w Ojczyźnie, nawet jeśli czasem się komuś zdarza, to smakuje to inaczej.

Nosiłam się z pomysłem przez jakiś czas. Robiłam listy za i przeciw – bo tak mam. Przegadałam z samcem. I z lekarzami na pogotowiu.

W piątek zgłosiłam w agencji pracy, że rezygnuję od poniedziałku. Spoko. Dziękujemy, do zobaczenia, powodzenia, bez urazy i nerwów.

W normalnej sytuacji w tym punkcie człowiek z agencji  szuka pracy w innym miejscu. W tym – agencja ma tylko to jedno miejsce. Mam otwartą opcję pełnego powrotu i kilkudniówek.

Tyle.

Rezygnował ktoś z pracy w Polsce? Miesiące wypowiedzenia. Awantury z szefem, bo gdzie on znajdzie drugiego takiego jelenia. W ogóle to zdradziłeś i zostawiłeś, a on Ci jak ojciec i dał szansę i w ogóle. Masz spaloną opinię w środowisku zawodowym. Kwasy wśród soon-to-be byłych współpracowników, bo ktoś odziedziczy obowiązki, które z taką radością Ci upchnięto. Jesteś mięczakiem, bo nie zaciskasz zębów, i bohaterem, bo masz odwagę na zmiany.

Ciąg dalszy na rodzinnych obiadkach. Rodzina zwapniała w czasach, kiedy praca była na całe życie. W sumie na podkarpaciowe ciągle tak jest.

Tyle emocji! Tyle nerwów!

Teraz szukam następnej roboty. Jest ociupinę mniej kolorowo, niż się to zapowiadało, bo czasem jakiś głupi wymóg formalny – na przykład własne konto bankowe, którego nie mogę założyć z kolejnej głupiej przyczyny.

Ale Paul i Scott mi obiecali, że coś będzie, więc jak mogę się martwić 🙂 Tymczasem korzystam z bezrobocia… znaczy – wolnego! Bez stresu – o ile czynsz zapłacony, to można tu bardzo tanio żyć!

Pogoda spacerowa, więcej czasu na eksplorowanie okolicy.

Odkryłam też pchle targi i charity shopy. Oprócz szczura (czyż nie jest cudny???) adoptowałam głównie książki!

PIP pozdrawia!

A ja zmykam!

~Nieznana Blogerka

zagranica

Z życia klasy robotniczej – #footporn

 

pool-1617337_640

Houk!

Dzisiaj chciałam poruszyć bardzo ważny temat w życiu człowieka pracy. PODSTAWOWE narzędzie, dające OPARCIE, gwarantujące ROZBIEG z rana i TEMPO przez cały dzień, aby można było osiągnąć odpowiednią STOPĘ życiową.

Jeśli ono zawiedzie – zawodzi wszystko. Brak STABILIZACJI doskwiera jak ODCISK.

Tak, chodzi o stopy!

Znaczenie ich dobrej kondycji w pracy magazyniera ZBIŁO MNIE Z NÓG.

Ludzie ostrzegali, że będzie grubo, ale nie wierzyłam… Przecież chodzę i to całkiem sporo. Nabijam kilometry po mieście, po górkach. Przecież nieraz nosiłam niewygodne buty. Ba! Od nastu lat trenuję taniec irlandzki, który znęcanie się nad stopami ma prawie w definicji.

Ból podeszwy

Od kilometrów nabitych po magazynie – poważnie! – bolą podeszwy.

Mottem mojego pierwszego dnia było: „My sole hurts” (wymawiane „soul” dokładnie jak dusza).

Pomijam zmęczone uda i plecy, bo prawidłowe używanie ciała do sięgania w różne miejsca nie powinno zostawiać pamiątek.

Nadal szukam wkładki idealnej.

Cienie i blaski butów przemysłowych

Oooo zapach butów po zmianie! Jest jak dobre wino – musi dojrzeć i docenią go tylko znawcy. Pokona wszystko, wszystko przytłoczy, wszędzie przeniknie. Nawiedza nawet w domu, podstępnie ogarniając kapcie i sandały.

Nie wiem, czy istnieje tak potężny dezodorant, na pewno ląduje na liście #footporn razem z wkładką.

Styl i klasa? A jakże! Wygoda? Jeszcze bardziej! I mówię to ja, wieloletnia niszczycielka glanów! Nosiłam o kilka rozmiarów za duże, nie zdając sobie z tego sprawy. Takie poświęcenie dla stylu!

cyclist-2228153_640

[Kciałabym takie buty jak na obrazku. Robią dziecięce?]

Szafka-bowl

Na końcu ale nie mniej ważne – bitwa o szafki w szatni. Obuwie takie, z racji zarówno niewątpliwych walorów, ekhem, jak i ciężaru po prostu, najlepiej zostawić w szafce. Szafek jest zawsze mniej niż chętnych, połowa nie ma zamknięcia. Strategia znakowania zapachem (dzielimy szafkę we troje) póki co jest skuteczna i odstrasza konkurentów!

 

Zaskoczeni? Haha!

Tym optymistycznym akcentem kończę na dziś.

Ściskam czule!

zagranica

Królowa targetu czyli życie klasy robotniczej

archive-1850170_640

Właśnie mija miesiąc, od kiedy rozpoczęłam karierę magazyniera!

Miesiąc to niewątpliwie cenny, jeśli chodzi o doświadczenia. Zdążyłam poczynić kilka obserwacji.

Pierwsze, co zaskakuje Polaka (lub Polkę) :

  • pracy szuka się przez agencje. Zapisujesz się, podajesz dane, być może sprzedajesz nerkę – i ludzie szukają Ci pracy!
  • opłaca się zatrudniać człowieka legalnie! Podatki przy robotniczych zarobkach są nieduże, ubezpieczenie zdrowotne nieduże. Nie praktykuje się umów kombinowanych, płaca minimalna jest ustalona i przestrzegana.
  • praca pojawia się z dnia na dzień i z dnia na dzień może się skończyć – ale nie ma zmartwienia, bo dobra agencja znajdzie coś nowego. Ty też możesz zakończyć współpracę w każdej chwili, bez okresu wypowiedzenia.
  • wypłata przychodzi co tydzień. To w sam raz, żeby nie uczyć się gospodarowania kasą?
  • w każdym większym sklepie obuwniczym (na mojej wiosce) są do kupienia buty ochronne
  • szalone godziny pracy, jak nie środek nocy (rano) to nocki, jak nie zmiany to przerwy, dziwne długości zmiany, dziwne przerwy. Moje stałe 6:00 – 13:30 to aż miłe zaskoczenie, może wstać ciężko ale jaki dzień potem długi!
  • przekazują człowieka kolejnym firmom. Robię w tym samym miejscu miesiąc, a wczoraj dostałam telefon powitalny. Nie mogę się doczekać prezentu – zestawu odzieży roboczej.

O święty targecie najważniejszy w świecie

Trafiłam dobrze. Nie jest za zimno ani za ciepło, nie jest wilgotno ani nie wieje. Nie jest bardzo brudno, niczym nie śmierdzi. Nie dźwigam ciężarów, nie wspinam się na drabinki. Mam dwie przerwy i jeszcze mogę się napić i pójść na siku pomiędzy nimi i dopóki wyrabiam normę to mi wolno.

Są pewne zagrożenia, bo to jednak magazyn – więc obowiązują buty ochronne i kamizelka odblaskowa, ale jak do tej pory największe zagrożenie stanowię dla siebie sama, np uderzając się tapegunem w czoło lub trącając wózek nieodpowiedniej osobie. Jako, że praca nie wymaga głowy – nie zawsze pamiętam, żeby zabrać ją z domu.

mini-storage-2449794_640

Uchylę rąbka tajemnicy – jestem pickerem (ale nie WC Pickerem <ahahaha żarcik taki>). Zbieram kartki okolicznościowe do pudełek. Moim zadaniem jest wyrobić normę zebranych kartek, czyli target picków. A target to prawie jak religia. Starsze i młodsze stażem pikerki liczą piki z każdego zamówienia. Porównują wyniki. Proszę państwa, to prawdziwy wyścig szczurów! Leje się pot! Leje się… kawa! I cukier! Wyprzedzają się w alejkach! Odprawiają czary, by wylosować lepszy order! Włosy opadają na twarz – bo chcą być najlepsze*!

I nie, nie ma za to premii!

*nie, nie ma na to pełnego wpływu. Owszem, można nie ploteczkować, trzymać siku do przerwy, zasuwać jak robocik, ale i tak wszystko zależy od szybkości sieci w alejkach, ilości błędów w zamówieniu i układu samego zamówienia. Just saying.

 

Ale nie ma letko, bo magazyniera się uciska przecież. Najgorzej – każą pracować. Przerwy są za krótkie i trzeba wracać z nich punktualnie. Trzeba pracować do końca zmiany. Trzeba chodzić i zbierać kartki, bosze! Nie można wnosić słodkich napojów na halę ani żuć gumy. Superwajzorzy krzywo patrzą na rozmowy. Nie wolno wnosić telefonu.

Niniejszym, biorąc pod uwagę małą i niestatystyczną próbkę, z jaką mam przyjemność pracować, ogłaszam, że: Polacy są najlepsi w narzekaniu! Anglicy próbują nam dorównać – ale sorry, po prostu mamy talent…

wine-cellar-1329061_640

<Popikowałby w magazynie wina?>

Nie mam czasu oglądać kartek, które pikam. Czasem rzuci się w oczy brokatowe paskudztwo, Marvel albo papier w jednorożce i tęcze. Ale czasem nie mogę zrozumieć, wrzucając do pudełka 15 najbrzydszych kartek ever – kto to kurka kupuje?

Teraz zbliża się powódź Santaclausów i bałwanków, będziemy rzygać choinkową tęczą!

Poziom zadowolenia

 

Przyjechaliśmy z innej strefy ekonomicznej i dla nas angielska minimalna krajowa to raj na ziemi, więc Polak jest raczej wdzięcznym pracownikiem, przynajmniej na początku, póki pamięta różnicę.

Mój poziom zadowolenia więc jest spory.

Czasem, jak już nie zapomnę zabrać mózgu z domu, zastanawiam się nad paradoksem tej sytuacji: jako budowlaniec mogłabym projektować halę, w której pikujemy. Pewnie mam wyższe kwalifikacje niż mój superwajzor i jego superwajzor. A i tak zarabiam więcej niż w ojczyźnie i jaki święty spokoj!

Wesołe jest życie pikera!

A że dzisiaj zostałam królową targetu – jest ryzyko, że zdetronizowana konkurencja nie będzie się do mnie odzywać do przerwy*.

*ot, specyficzne poczucie humoru. Atmosfera jest ogólnie w porządku, chociaż zdarzy się, że doświadczone pikerki „zapomną” wspomnieć o pewnych trikach zielonym.

Spadam spać, budzik o 4:15 sam się nie przełączy!

Wasza Nieznana Blogerka XO

zagranica

Blogerka w Angliach – angielska pogoda

yorkshire-2358783_640

Hej misiaczki!

Już mnie nie dziwi, że rozmowy o pogodzie mogą być na Wyspach wielkim tematem.

Pogoda tutaj jest wyjątkowa, intensywna i ciężko jej nie zauważyć. Jestem tu niecały miesiąc, a już zdążyłam zakosztować prawie wszystkich pór roku – od majździernika po lipcopad 😉 od marca po upalny sierpień, brakuje tylko ichniej wersji zimy, która, umówmy się, naszej zimie może nafikać!

Angielski poranek 😀 prawie jak nasz tylko bardziej wieje :p #wiedzmanaemigracji

A post shared by @wiedzma_bloguje on

Zaklinanie pogody

Wygląda na to, że znalazłam sposób na zaklinanie pogody, mianowicie – zakupami. Kiedy przyleciałam, w Polszy było gorąco, więc spakowałam się jak na umiarkowane lato, a przywitała późna jesień, więc pierwsze funty wydałam na ciepłe kapcie z futerkiem i długi rękaw.

I wtedy zrobiło się gorąco.

Kiedy już uzupełniłam garderobę w koszulki na ramiączkach i cieńsze spodnie do pracy – znowu nastała jesień, wraz z mżawką i wiatrem.

Wszystko to występuje u nas, nie powiem, ale nie w takich dawkach, nie w tych zestawach i nie z tą zmiennością.

#chmurki #wiaterek #angielskapogoda #englishweather #wiedzmanaemigracji

A post shared by @wiedzma_bloguje on

W gwarze Yorkshire istnieje określenie na człowieka z zewnątrz – Nesh – co oznacza pogodę, a przybysze zazwyczaj na nią narzekają po przyjeździe 🙂

Posłychajcie sobie przy okazji pięknego akcentu z Yorkshire – ale to temat na inny wpis.

20170624_211326a

Kościół do wynajęcia. Ale co tam kościół – poparzcie na te chmury!

Wilgoć

Stąd jest po 100 km do obu mórz. Wiatr, który tu wieje, zawsze jest wilgotny. Jeśli nie wieje, powietrze też jest wilgotne. Wilgoć jest zmorą w mieszkaniach. Grzyb jest współlokatorem tak częstym, jak czajnik elektryczny.

Tymczasem na zewnątrz zupełnie tego nie czuć! A przynajmniej ja, człowiek z Podkarpacia tego nie odczuwam. O ile nie mży i w powietrzu nie ma 110% wilgotności – nie ma znanego mi z kraju uczucia lepkości na skórze czy wilgotnej lepkiej galaretki wiszącej  w powietrzu w upalne dni. Ba – #czlowiekpuch nie narzeka tu na puszenie włosów!

Tylko wysuszenie prania/ręczników/koca/włosów (tu wstaw dowolne słowo) to wyzwanie.

Długi dzień

Bardzo długo jest tu szaro – przed północą, kiedy się kładę, po czwartej, kiedy wstaję. Świadkowie twierdzą, że robi się całkiem ciemno gdzieś pomiędzy tymi godzinami, chyba uwierzę na słowo. Prawie jak dzień polarny!

A znajdujemy się, proszę państwa, na wysokości Olsztyna.

Taki klimat

Słowa te piszę rozłożona kolejnym przeziębieniem. Ale teraz jestem już zabezpieczona, kupiłam zimową kołdrę, więc wiatr rozgonił chmury i jest jakiś maj.

Dla zainteresowanych informacja – pracę już znalazłam i tak jak plan zakładał realizuję się jako magazynier. Jako klasa robotnicza dołączyłabym do ogólnych protestów przeciw wyzyskowi, złej organizacji pracy, kiepskiej kadrze kierowniczej, złym warunkom itp ale jeszcze za bardzo się cieszę z na myśl o zarobkach w funtach i tym wszystkim, co mogę z tymi funtami zrobić!

Ściskam!

Uncategorized

Blogerka w Angliach – początki

20170608_212214a

Cześć!

Od tygodnia jestem już w Angliach. Jeszcze mam pod powiekami UK dream, już prawie nie wchodzę pod samochody, które uparcie jeżdżą złą stroną ulicy.

Jak na prawdziwą Nieznaną Blogerkę przystało – spoglądam na nowy świat pod kątem przyszłych relacji i niewątpliwie ciekawych wyłuszczeń. Nowości jest sporo, więc istnieje ryzyko, że będę się wyłuszczać jak dobrze wymoczona fasola!

UK dream i praca

Przyjechałam tutaj spełniać się zawodowo jako magazynier. Mgr inż zobowiązuje…

Mamy lepsze czasy, w których obcokrajowiec może nie tylko czyścić kible i skrobać ryby. Pracy szuka Ci agencja, w której podpisujesz tony papierów. Niby znam angielski ale zawsze miałam problem z bełkotem prawnym. Możliwe, że sprzedałam nerkę!

Chwilowo mam wakacje, wygląda na to, że akurat są przestoje i praca ma być zaniedługo. Jeśli sprzedałam nerkę, to oby szybko zapłacili. A jak już będę bogata to kupię sobie dwie nowe.

UK dream i jedzenie

Jeśli żyjesz jako #człowiekdieta – potrzeba nażarcia się jak świnia czasem wychodzi na pierwszy plan. Z tym wyjazdem wiążę nadzieję i w tym zakresie i wypatruję ciastek, lodów, kebsa i wszystkiego, czego nie ma w domu.

Miało być tak bardzo wszystko!

Napaliłam się na bezglutenowy i bezmleczny raj. Jeszcze zwiedzanie trwa, ale na razie obserwacje są takie, iż*:

  • W wielkich sklepach są wielkie półki „free from” przed którymi dostaję oczopląsu i ślinotoku. Dużo więcej niż u nas na podkarpaciowie. Półki są też w lodówkach i oznaczają zapiekanki, pizze i inne dobra; większość dóbr ma mleko ale cieszę w imieniu tych co mogo**
  • W małych sklepach nie ma. Polsza rozpieszcza nas makaronem i płatkami kukurydzianymi, tekturą ryżową i ogórami ratującymi tyłek na końcu świata. Rozpieszcza nas zdrowymi zbożami z różnych stron świata – quinoa, jaglana. Tu mamy ryż. I jeszcze ryż
  • Z racji mniejszości i większości narodowych weganie mają tu lepiej – jest świetny dostęp do mleka roślinnego i zamienników nabiału różnej maści***

*To jest stan na wioskę, w której mieszkam. Tu czas się zatrzymał i ludzie ciągle wolą panierkę, jogurt light i gotowe dania zamiast tych nowomodnych wynalazków. Stan na większe miasta jest inny, dzisiaj w większym mieście będąc najadłam się podwójnie certyfikowanym bezglutenowym i wegańskim  daniem w knajpie wietnamskiej i nabrałam pewności, że gdybym mieszkała tam, wróciłabym do PL gruba, szczęśliwa i bez kasy. Plan zakłada, że wrócę z dorobkiem, więc w sumie też się liczy.

Najedzona Marta to szczęśliwa Marta 🙂 i to fastfood na mieście tak o! Prawilnie #glutenfree 🍜🍽 #asianfood #czlowiekdieta #wiedzmanaemigracji

Post udostępniony przez Marta Mazur (@wiedzma_bloguje) 15 Cze, 2017 o 9:28 PDT

 

** Mieszkam z koleżanką, która ma 1) alergie pokarmowe 2) inne niż moje i 3) lubi eksperymentować. Poważnie rozważamy wspólną książkę kucharską – #dlatychconiemogo

***Jogurt kokosowy – nie polecam, zwłaszcza do ogórów…

UK dream – kosmetyki

Nie ma nad czym się rozwodzić, jeśli chodzi o kosmetyki. Na wiosce w sklepach jest mniej więcej to co u nas kilka lat temu – drogeryjna masówka, pseudoprofesjonalne linie z – jakby inaczej – keratyną  i arganem i tyle. Nie mają zamiennika naszej Joanny, Kallosów, Ziaji i Anwenówek. Ale szukam wytrwale, niech mnie zaskoczą!

Ale w mieście… Tu pointa jak przy jedzeniu. Dzisiaj nie było zbyt wiele czasu na zwiedzanie, ale Hair Store for African będą moje… [złowieszczy śmiech]

Wyobraźcie sobie sklep tylko z kosmetykami do włosów. To jest widok od wejscia. A dalej… więcej i lepiej. A tu czasu mało… wrócę! Sklep dla posiadaczy włosów afrykańskich. Podobno się za mną oglądali :p #wlosomianaczka #kosmetykoholiczka #hairmaniac #haircare #curlyhair #falopierdzielnik

Post udostępniony przez Marta Mazur (@wiedzma_bloguje) 15 Cze, 2017 o 2:57 PDT

 

UK experience – językowo

Komunikacja to stan umysłu.

Słowo na koniec

Zdjęcie u góry wpisu to obiekt spod stadionu Johna Smitha. Nie mam pojęcia, czego on dotyczy, ale facet z maczugą trzymający się za gacie idealnie oddaje ducha sportu.

Cheers 😉

Uncategorized

Kiedy byłam, kiedy byłam Nieznaną Blogerką, hej! :)

building-blocks-1563961_640

Świeże starty i nowe początki są fajne 🙂

Każdy czasem potrzebuje świeżego startu. Bo czasem łatwiej zacząć od nowa, niż zmienić istniejącą sytuację. Cóż – pytanie zasadnicze, kiedy to jest właściwe wyjście, bo na przykład stara sytuacja ogranicza ci możliwości – a kiedy desperacja, bo łatwiej się wyprowadzić, niż posprzątać? True story!

Sześcioletni blog i pincet (właściwie pincet trzy) wpisów oznacza kilka rzeczy. Oznacza wielką i wierną grupę cudownych czytelników, którzy jednak pojawiają się, aby czytać konkretną treść w konkretnym stylu. Co jest dobre i złe, bo nie bez powodu wybrałam tę tematykę i ten styl, ale i konwencja została narzucona na amen.

Blog o takim stażu oznacza też, że wprowadzenie drobnej zmiany może zająć długie godziny, bo sięga te kilka lat wgłąb, a ja już dawno nie pamiętam moich osiemnastu poprzednich konwencji i co z nich wynika. Chwała tym, którym się to udało!

Może nawet oznaczać – jak w tym przypadku – problemy techniczne, bo Blogger się na mnie obraził za przeładowanie treścią i dodatkami i nie chce wprowadzać zmian (znaczy: wiesza się bestia!).

Jako, że jestem bardzo Nieznaną Blogerką – moje życie niewiele się zmieni. Nadal nie będę pozować do selfiaczków na ulicach, nadal nie rozdam więcej autografów, niż do tej pory (a narozdawałam się po występach tanecznych, jako Nieznana Tancerka, a jak cała grupa ośmiolatek zbiera autografy to nie ma *uja we wsi!). Nadal tak samo mam szansę zostać modelką 🙂

Coś zyskam za to 🙂 Przypominam sobie – i przeżywam na nowo – emocje związane z początkami Wiedźmiego Kociołka, a raczej Czarownicującej (tak, ma się suche poczucie humoru). To uczucie słodkiej tajemnicy zanim przyznałam się znajomym. Śledzenie statystyk po każdym nowym wpisie, wędrowanie po mapie odwiedzin i rozmyślania nad historią czytelniczek, które zajrzały do mnie aż z Korei albo z Polski ale o nieludzkiej godzinie. Btw – jakie są Wasze historie?

Ten uczuć, że to dopiero początek i mogę wszystko!

Ale to dopiero jutro, dzisiaj liżę rany po siłowni 🙂 Jak to działa – ćwiczysz barki a boli brzuch i uda!

Ścisnęłabym, gdyby nie zakwasy 😉

M